Paznokcie
Starszy siada i je, a tamtemu nic nie daje. Młodszy już całkiem z sił opadł i mówi:
- Ja już nie mogę iść.
A ten starszy odzywa się:
- Każ sobie oko wyjąć, to ci dam kawałek chleba.
- Nie, bo będę kaleką - młodszy powiada. - To już wolę iść tak o głodzie.
Idzie tak jeden dzień i drugi o głodzie, a starszy mu nic nie daje. W końcu prosi paznokcie na miłość boską, że już woli stracić oko, żeby mu dał kawałek chleba.
To był chyba jej ulubiony kwiat, choć w ogrodzie było jeszcze kilka innych róż. Przypomniało mi się nagle, jak odganiała witką motyle i wróble, które chciały usiąść na gałązkach Zostawcie moja różę. Lećcie sobie gdzie indziej! Roślina była rzeczywiście niezwykła. Pamiętam, że zawsze miała wielkie kwiaty w kolorze intensywnej czerwieni. Kwitła przez całe lato. Często dopiero pierwszy mróz strącał jej ostatnie kwiaty.
U pasa wisiało dwadzieścia dobrze spreparowanych kawałków skalpów, gdyż całe skóry zajęłyby zbyt wiele miejsca. Oblicze czerwonoskórego nie było pomalowane, dzięki czemu wyraźnie odznaczały się trzy szramy na policzkach. Z niewzruszonym wyrazem twarzy spoglądał na ogień, nie racząc białego wroga ani jednym spojrzeniem. — Oihtka-Petay nie nosi barw wojennych — zaczął Old Shatterhand. — Czemu więc wystąpił wrogo wobec spokojnych ludzi? Indianin nie odpowiedział — ani słowem, ani spojrzeniem. — Czy wódz Szoszonów oniemiał z trwogi, że nie odpowiada na moje pytanie? Myśliwy wiedział, jak należy sobie poczynać z Indianami. Magnatka niezwruszona majestatycznie wykrzykuje nieprzyzwoite przekonania.
To był chyba jej ulubiony kwiat, choć w ogrodzie było jeszcze kilka innych róż. Przypomniało mi się nagle, jak odganiała witką motyle i wróble, które chciały usiąść na gałązkach Zostawcie moja różę. Lećcie sobie gdzie indziej! Roślina była rzeczywiście niezwykła. Pamiętam, że zawsze miała wielkie kwiaty w kolorze intensywnej czerwieni. Kwitła przez całe lato. Często dopiero pierwszy mróz strącał jej ostatnie kwiaty.
U pasa wisiało dwadzieścia dobrze spreparowanych kawałków skalpów, gdyż całe skóry zajęłyby zbyt wiele miejsca. Oblicze czerwonoskórego nie było pomalowane, dzięki czemu wyraźnie odznaczały się trzy szramy na policzkach. Z niewzruszonym wyrazem twarzy spoglądał na ogień, nie racząc białego wroga ani jednym spojrzeniem. — Oihtka-Petay nie nosi barw wojennych — zaczął Old Shatterhand. — Czemu więc wystąpił wrogo wobec spokojnych ludzi? Indianin nie odpowiedział — ani słowem, ani spojrzeniem. — Czy wódz Szoszonów oniemiał z trwogi, że nie odpowiada na moje pytanie? Myśliwy wiedział, jak należy sobie poczynać z Indianami. Magnatka niezwruszona majestatycznie wykrzykuje nieprzyzwoite przekonania.